some kinda of freedom?

żadnych postanowień noworocznych i innych takich głupot.
rok to tylko odcinek czasu na osi, albo pewien wycinek łuku spirali tego samego czasu.
zależy jak kto pojmuje ten wymiar.
i przecież nie to stanowi o naszych poczynaniach, o naszych postępach.
można powiedzieć, że było dobrze, wesoło, zajebiście, zajawkowo, lepiej niż poprzednio, albo gorzej i do dupy.
i że co, że dopisanie jedynki zamiast zera ma wygenerować we mnie pokłady człowieczeństwa, samozaparcia, energii i zajawki na coś lepszego?
prędzej dopadnie mnie to w urodziny.

ale to momenty przełomowe, odważne decyzje, konkretne wydarzenia i ludzie pozwalają nam odnosić się do przeszłości. jeśli już w ogóle chcemy się do niej odnosić. albo po prostu do samego siebie. do swoich czynów.
tak tak, bo liczą się czyny, a nie słowa i pieprzenie.
pozwalają zauważyć progress, albo przeciwnie, cofnięcie się i zastój.
bo co nam po przeżytym roku, jeśli nie dostrzegamy w nim innych ludzi.
dają człowiekowi możliwość twierdzenia o sobie. byłam człowiekiem, dobrym czy tym złym? wesołym, smutnym?
marudą, zrzędą, skaczącą radością i pozytywną energią i optymistką mimo wszystko, czy z całych sił starałam się nią być itd itp.

chyba lepiej myśleć o tym tak na co dzień, a nie tylko przy okazji ostatniego dnia grudnia.
kiedy tyle rzeczy mogliśmy zrobić inaczej, gdybyśmy tylko zatrzymali się na chwilę, zastanowili się nad sobą i swoimi decyzjami, porozmawiali z kimś, zwrócili na świat więcej uwagi. a nie tylko pieprzyli głupoty.
chyba wolę codziennie zwalczać swoje idiotyzmy, słabości i uprzedzenia.

z resztą, pieprzyć to.
dobrej zabawy :)



analogowo.

Name:

komentarze