coala photography



Link | 21.10.2012 :: 21:42 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(4)

piękna, wypieszczona przez Deca bunia.
fajny widok na trasie, kiedy toczyła się przez kraj z bmxami na dachu.
niestety zmieniła już właściciela.
ku pamięci, kilka strzałów.













Link | 18.06.2012 :: 13:53 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(0)

jezioro oro oroooo



































Link | 02.06.2012 :: 10:50 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(0)

po wstępnym schłodzeniu na 1st floorze, pora na Ghetto :)
kolorowo, brudno, kurz i dobra zajawka jak zawsze ;)

















Link | 01.06.2012 :: 23:50 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(0)

powoli będę wrzucać zaległe zdjęcie z ostatnich dni mojej "wolności",
ale spędzonych jakby nie patrzeć w najlepszy możliwy sposób,
w najlepszych możliwych miejscach i przede wszystkim z najlepszymi ludźmi pod Słońcem.

poranek i wspólne śniadanie po baaardzo miłej imprezie w Domu Kultury.
gdyby zawsze grali tam taką muzykę, mogła bym tam zamieszkać, a przynajmniej pracować :)
pierwsze i ostatnie próby funkowego szaleństwa po kontuzji i było nieźle.

wyprawa na Ghetto Park w celu pozyskania fot tamtejszych tagów.
chillout na 1st floorze przy okazji testowania nowej przeszkody i fajny spacer w pełnym słońcu przez miasto.
krótka drzemka i ruszamy w trasę, na miasto. za jakiś czas więcej.




























Link | 13.05.2012 :: 13:40 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(4)

był długi weekend. czyli prawie tydzień w domu i zwieńczenie w postaci bardzo pozytywnego spotkania
przy ognisku. spotkanie z tych, które zostaną w pamięci i dużo pozwalają zrozumieć.
takie soczyste, konkretne, chociaż zupełnie niespodziewane w swojej treści.
krótkie wypady do Lbna udające normalne życie, do którego tak przywykłam i tak pokochałam.
taaa. pokochałam Lublin w jakimś sensie. ale powtarzając się - to ludzie tworzą miejsca.
uwielbiam i marzę o nocach w tym mieście, smętnym cokolwiek w swoim ogólnym wyrazie, ale
z tak niesamowitymi ludźmi.
o spacerach przez saski w nocy, o zapachu starego miasta i widoku na północno-wschodnią ublokowioną,
industrialną część miasta z terasy nad Podwalem.
chciałabym odhaczyć cały mętlik w głowie, wypykać problemy jak bąbelki z folii i wsiąść w pociąg.
pojechać gdzieś, gdzie jeszcze nie byłam i zachłysnąć się, zachwycić czymś, czymkolwiek.

coś się kończy, coś się zaczyna, coś nieubłaganie zbliża.
z jednej strony silniejsza w swojej postawie, z drugiej znowu sobie nie radzę z czymś.
pokonanych trochę strachów i obaw, a jeszcze więcej czyha już nieopodal.
satysfakcja z własnej pracy, z tej codzienności nowej. kilku godzin dziennie spędzonych
na ćwiczeniach, na tyraniu własnego ciała i motywowaniu umysłu.
myśl, czy i kiedy przestanie przeszkadzać i boleć.
i na siłę już, bo jednak trudno, ale próbuję wmówić sobie, że nie zostanę z tym zupełnie sama.
taki smęt-nie-smęt.



najlepsza z możliwych opcji. sama bym tak chciała.


w kieszeni po długim weekendzie znajdziesz dwie łyżeczki, suszoną żurawinę i już 5 razy przeczytany list.







Link | 01.05.2012 :: 20:21 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(2)

Lany lany poniedziałek.
Bystry i Kamil zawijają Koalę do stadniny Katarzyny :)

bardzo pozytywny trip, wielkie dzięki! :)
na razie zajawka, ujeżdżanie na oklep dzikiego i mokrego, świeżo po kąpieli, kuca Bandziora, później więcej zdjęć.
stay tuned!












w sumie to rozgrzewka przed większymi wierzchowcami :D




Kamil nadzwyczaj dobrze dogadywał się z kucem, szczególnie po rosyjsku, wtedy pędził na nim niczym wicher.














Link | 28.04.2012 :: 22:40 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(0)

%jam na ghetto park'u



























pro model ortopedia



























Link | 23.04.2012 :: 21:54 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(2)

14.04.2012

W drugi weekend marca rozwalone kolano.
Za kilka dni Koyot przyjeżdża do Lublina z UK, miałam jechać odebrać go z lotniska, nie dałam rady.
Zaraz po przyjeździe, razem z Jacem wpadają do mnie, do Łęcznej w odwiedziny,
ja jeszcze nie wiedziałam do końca co jest z nogą.
Dotoczyliśmy się na łęczyński skatepark, spotkaliśmy naszych starych znajomych, nielicznych localsów,
którzy tam jeszcze mieszkają i jeżdżą wciąż z tą samą zajawką.
Od słowa do słowa, poprzez kolejne dziwne pomysły, gdzieś powstała pierwotna wizja imprezy na tymże shit parku,
kolejnym betonowym cudzie powstałym kilka lat temu pod logo Beton-Bytom.
Do tego nęcący obraz kilkudziesięciu osób jeżdżących, dobrze się bawiących w swoim gronie, kontra 80% młodych ludzi z Łęcznej odzianych w dresiwo.
Ale pośmialiśmy się i poszliśmy robić pizzę, nie ciągnąc dalej tematu.
Za kilka dni spotkaliśmy się większą ekipą u mnie na działce, przy już lekko wymasowanych mózgach i nagrzanych
wiosennym słońcem głowach... pomysł.
Jaco zagląda w kalendarz... "skoro Ty nie możesz do nas przyjechać, to my do Ciebie przyjedziemy,
zrobimy imprezę tutaj. 14 kwietnia pasuje?" No i pasowało.. dopiero po jakimś czasie zapytaliśmy wszystkich,
czy są chętni na zupełnie polewkowy jam, coś co miało się nazywać "Kaszana Jam", "Shitty Jam"...
Od początku kwietnia wzięliśmy się za wstępne ogarnianie, mały sponsoring, plan, sprzęt, nagłośnienie.
Trzy dni przed imprezą mieliśmy w sumie wszystko, oprócz pewności co do pogody.
Rozesłałam piękne laurki z plakatem i prośbą o wsparcie medialne.
Następnego dnia od samego rana w drodze na rehab odebrałam kilka telefonów w tej sprawie i zaraz byliśmy
umówieni na dwa nagrania w radiu i jedno w tvp Lublin. Do tego artykuły w lokalnych dziennikach.
Łał :D

Z głupiego pomysłu, szpąty przy cytrynówce wypaliła na prawdę fajna impreza.
Przyjechali ludzie z Lublina, Kraśnika, Świdnika, Lubartowa i Zamościa, być może skądś jeszcze.
Przyszło trochę dzieciaków z Łęcznej.
Udało się dogadać z policją, nie było problemów.

A przede wszystkim była ZAJAWKA :D
Udało się wszystko co zaplanowaliśmy, pogoda dopisała na tyle ile mogła,
tylko jedna poważniejsza kontuzja i mega dobra zabawa.
Miło było zobaczyć jak rodzice przywożą swoje dzieci z deskami i rowerami do Łęcznej,
żeby mogły w fajnym towarzystwie, wzajemnie się motywującym spędzić czas.
Do tego kilkoro małych zajawkowiczów, którzy pierwszy raz stanęli na desce albo wsiedli na bmxa i nauczyli się
od razu no ollie czy bunny hopa.
Chciałabym, żeby na dobre zarazili się tą pasją i z biegiem czasu dostrzegli ile dobrego płynie z tak spędzanego czasu
i w ogóle z posiadania pasji, czy aktywnego i spontanicznego życia.

Wielkie podziękowania należą się wszystkim, którzy przyszli, przyjechali, przywieźli innych.
Bez Was nie byłoby tego jamu, bo nawet jak przygotowalibyśmy wszystko na najwyższym poziomie,
a nikt by nie przyszedł, to nie miało by najmniejszego sensu.
Dzięki chłopakom z Łęcznej, Czyżowi, Zgredowi, Karolowi i pewnie jeszcze kilku osobom skatepark
został przygotowany, zmodernizowany i co tu dużo mówić, ulepszony, tak żeby przyjemniej i bezpieczniej się jeździło :) I to już po raz kolejny :) Za to Hi5!
Ja jestem wdzięczna każdemu, kto przyłożył choćby małego palca do organizacji.
Tomek, Jaco, Pedrooo Troza :D, Czyżo, Zgred, Boniek, Kamil i Elek za codzienne relacje na temat prognozy pogody :)
No i miło było później zobaczyć wesołą gromadkę u mnie w domu, gdzie ledwo się pomieściliśmy i nakarmić śmiałków szpinakiem :D

Było zacnie :)




























































Link | 25.03.2012 :: 20:12 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(0)

sobotni chillout od samego rana i niespodzianka na koniec :)
taki chillout, że na koniec padasz i zasypiasz od razu z uśmiechem na twarzy :)
od samego rana słońce, powietrze, ciepło i przede wszystkim najlepsza ekipa,
która jak już trzeba to i na moje zadupie się zatoczy.

a teraz co?
jest termin operacji, trzeba podleczyć nogę. i czekaj głupia.
zaplanuj najbliższy rok na nowo. na spontanie się nie uda.
i jestem wdzięczna za każdy uśmiech i uścisk i słowo tym, którzy są.
bo mogło być gorzej i inni mają gorzej. ambicje czasem trzeba schować do kieszeni.
a swój honor postawić sobie za mur.


































Link | 23.03.2012 :: 22:13 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(0)

Koyot przywiózł muffiny od Katie's Cupcakes do stestowania, więc był obiad, ale dupy nie urwało niestety.
Przyjechał Kuba prosto z szosy w gustownym trykociku jak na prawdziwego zjazdowca DH przystało XD
w drodze powrotnej do Lbna złapał snejka i musiał wędrować z buta.
była żółta zupa z rozgotowanym ryżem, milky way czeka na zły humor, a żeby go nie zjeść, humor musi być dobry.

i nie wiem czy plany czasem sypią się tak totalnie, żeby coś w nich zmienić, obrać inny kierunek, czy po to,
żeby jeszcze bardziej się starać i pokonywać jeszcze więcej trudności, żeby to docenić.
jak na razie wszystko co planowałam, cała moja "ucieczka" w różnych aspektach, wszystko odwołane.
nie mam żadnych planów. nie mam nic w głowie.
ale na pewno będę bardziej świadoma swojego czasu i energii i tego komu warto je poświęcać,
a o czyją atencję nie warto zabiegać. bo w sumie nie warto zabiegać o czyjąkolwiek, jeśli nie ma takowej,
bezinteresownej i samoistnej.
czyli jedna miłość dla tych, którzy "są" mimo wszystko, a nie tylko potrzebują Cię do osiągania swoich celów.

~ zdjęcie talerza po rzeczonej zupie - autorstwa Koyota :)
żeby nie było


















Link | 17.03.2012 :: 20:51 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(0)

przespałam kilka dni i nocy pod rząd.
bez wdawania się w szczegóły...
najgorszą możliwą da mnie rzeczą jest popadnięcie w stan, w którym stwierdzę,
że najlepszym rozwiązaniem problemu jest przespanie go.
co zapewne skończy się przespaniem trochę więcej niż 9-10 godzin, no nawet 12 do oporu.
a tak na prawdę to kończy się spaniem 19/24 godziny. kilka dni pod rząd.

nie myśli się, nie ma się czasu na martwienie się, na oswajanie się z prawdą i wizją przyszłości.
bo planu dokładnego takowego w sumie nie ma. są przewidywania i tylko kilka haczyków,
nikłych punktów pewności, że to i to musi się wydarzyć.

po raz kolejny... czcze gadanie, zapychanie czyjejś uwagi i potrzeby rozmowy pustymi słowami,
sloganami grzecznościowymi wyprodukowanymi w odpowiedniej formie zależnie od okoliczności.
w gadaniu jakimkolwiek, samym sobie, nie ma żadnego celu, nic ono nie zmienia, na nic nie wpływa realnie.
dopiero w połączeniu z działaniem, jakimkolwiek możliwym, choćby najprostszym i wymagającym najmniejszego wysiłku może cokolwiek znaczyć.
bo chyba jednak kiedyś warto mieć oczekiwania, czegoś wymagać, czegoś potrzebować,
choćby się tego nigdy dotąd nie robiło.

ale ja nie o tym.
dziś już tak bardzo się nie zdziwiłam, kiedy pomysłowy i uczynny Dobromir po raz kolejny zapukał do drzwi,
żeby mnie obudzić i wywlec, skoro sama tego nie zrobię i ogłosiłam wszem i w obec, że śpię do oporu.
tym razem jednak spotkał się ze sprzeciwem i dość mocno ślimaczym tempem jakiegokolwiek ogarniania się.
zjedzone, cokolwiek uczesane, stoczone ze schodów, zapakowane razem z psem i herbatą w termosie do samochodu, zawiezione na działkę.
SŁOŃCE ! CIEPŁO! PTAKI LATAJĄCE NAD GŁOWĄ!

kilka godzin na powietrzu i w końcu normalnej rozmowy i czuję się jak po ekscytującym dniu,
spędzonym na robieniu zdjęć, gdzieś w podróży ze znajomymi, kiedy nie ma czasu na zamulanie.
tak i rozkładam swoje wrażenia i dni czasem na czynniki pierwsze jak nienormalna.


















Link | 04.03.2012 :: 00:39 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(0)

nigdy nie wiesz gdzie czai się gruz.
tak w między czasie.
robią się zdjęcia z pierwszych urodzin 1st floor'u, już prawie skończone.
a zaraz po nich, co prawda wcześniejsze, ale bardzo ważne zdjęcia z (niestety tylko) weekendowej
wyprawy do 3miasta, miały być już kilka dni temu, ale komp nie chciał współpracować.

tak powoli się żegnam, w sumie to wyszło tak, że najpierw z tymi, których myślę, że będzie mi najbardziej brakować.
i z Lbn-em, polubiłam to miasto w ostatnich latach. tak. bo to ludzie tworzą miejsca.

:)


czarny tulipan. j.dilla tribute. pierwsze urodziny stereofonii. jak zawsze klimatycznie.






Krzysiek nie chciał zabrać nas nad Zalew :(





Link | 06.02.2012 :: 23:30 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(0)

zdałam sobie sprawę, że tego tu jeszcze nie było.
było wszędzie, ale nie tutaj.

lipiec 2011 - Kazimierzówka Trails Jam 4 BRO
bekstejdżowa relacja.

twarze, twarze, ludzie, bez których nie byłoby tego wszystkiego, tego klimatu, tych dni.
nie ma tylko Bartka i kilku innych osób, za to są we wcześniejszych wpisach o Kazimierzówce.

kilka dni temu udało się spotkać większym gronem na 1st floor.
wszyscy jakby już czekali, aż mróz na dobre odpuści, aż pewne będzie, że już będzie ciepło.
tak żeby powoli zacząć ogarniać. a pomysłów i marzeń jest dużo.
każdy ma swoje fantazje i każdy zdaje sobie sprawę z koniecznych zmian.
kolejne kosmiczne kombinacje, zakręcone bandy, transfery, gigantyczne hopy i dylemat czy technicznie i wymagająco, czy trochę prościej i łatwiej.
potrzeba dużo zajawki, pracy, jest dużo do ogarnięcia, trzeba zorganizować koparkę, ręce do pracy.
ale jest wsparcie i zainteresowanie z zewnątrz, a to tym bardziej nakręca.
i nadal chciałabym na tyle ile mogę być chociaż malutką częścią tego miejsca,
przynajmniej tak dla siebie i pomóc ile tylko będę mogła.

i kiedy myśli się, żeby odpuścić, kiedy trochę brak sił, kiedy przychodzi rezygnacja..
dobrze pomyśleć, dlaczego tak długo coś się robiło, co tak długo i mocno przy tym trzymało.

dzięki ludziom, bliskim i dalszym znajomym, przyjaciołom da się przetrwać nawet te najbardziej beznadziejne dni.
wiesz, że są, że to co Was łączy to pasja, że to daje siłę i nadzieję, nakręca, pozwala powiedzieć, że kocha się życie i że to będzie z tobą wszędzie i zawsze, gdziekolwiek by Cię nie wywiało, wiesz że tam też są ludzie, którzy kochają to samo.

czasem jest źle.
ale kiedy ktoś bez pytania, bez słowa, bez żalenia się, wie, że coś jest z tobą nie tak,
kiedy dowie się co się dzieje najbardziej okrężną drogą, ale szybciej niż najbliżsi.
wstaje przed świtem, żeby przewalić grube kilometry, żeby o 7.00 zapukać do twoich drzwi i cię obudzić.
wygania cię żeby się ogarnąć, robi śniadanie, zabiera Cię do lekarza, pomaga sprzątać i po prostu jest.
te najprostsze rzeczy dają tak dużo siły.
















































Link | 12.01.2012 :: 01:20 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(0)

dni kiedy budzi zajawka.
dosłownie i w przenośni.
zdjęcia, rower, kajaki, basen, trip, pomoc, kolejny pomysł, kolejna sprawa, progress ale i regress.
dni, kiedy wcale nie chcesz zakopywać się w pościeli i odciągać momentu zwleczenia się z wyrka.
kiedy ktoś dzwoni, albo po prostu chcesz jak najszybciej odsłonić okna. wyjrzeć co się dzieje na tym padole.
ogarnąć się i już już ruszyć, zacząć działać, zobaczyć znajome twarze.
tysiąc pomysłów, wydają się niepewne, skomplikowane, a jak tylko zaczniesz po kawałku gryźć się z nimi,
analizować, zmuszać się do kolejnych kroków, bo przecież "musi się dać to zrobić! nie ma, że się nie da!"
okazuje się po raz kolejny, że jak się chce to można wszystko.
zajawka zmusza czasem do użycia środków, na które normalnie nawet nie chcieli byśmy zwrócić uwagi.
ale okazują się znośne, pomocne i dają bardzo dużo dobrego. najwięcej.
i kiedy ściska w środku i ciarki przechodzą, kiedy serce zaczyna szybciej bić, kiedy oddech staje się szybszy,
a ręce świerzbią żeby wziąć się za kolejny patent, kiedy po prostu czujesz to niesamowite podniecenie
i przeczuwasz, że mimo trudności musi być dobrze, że to jest to, na co czekałeś.
uwielbiam.
pewien znajomy pan powiedział, że to coś nazywa się pasją. może i tak.
a po prostu kocham, to co robię i chcę robić to co kocham i potrafię.
uczucie wolności.
ostatnio przekonałam się, że ta moja wymyślona "prawdziwa" wolność cieszy także innych ludzi.
więc może nie jest taka bardzo wymyślona.
ta wolność, o której pisał Wróbel w artykule o ich tripie cabrioletem, z rowerami.. to ta sama.
a jeszcze tyle do zobaczenia na tym świecie.

i na pewno nie w ślimaczym tempie. w swoim własnym.
kto inny powiedział, że na wszystko każdy ma swój czas.
a ja wiem, że każdy ma tak samo czas na rozwój jak i na swoje kryzysy.
a to wszystko zostaje w środku i kształtuje. ale koniec nocnych wywodów.
kiedyś podziękuję tu wszystkim za wszystko, co mam, bo pamiętam i czuję co od kogo i po co.
bo podobno życie to ludzie, których spotykamy.

ślimak z GC :) whipy mu się podobały.
analogowo.




Link | 06.01.2012 :: 01:26 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(0)

pewne sprawy stały się znów ważne.
znów staram się ruszyć papiery i inne bzdety związane z dalszym rozwojem ratz!bmx
na bieżąco ogarniana jest sprawa nowej miejscówki. krytej!
staram się podsumować i jakoś ułożyć to co się wydarzyło w ciągu ostatnich dwóch lat.
co udało się osiągnąć.
dużo. ale dużo to za mało. nie wystarczy to co było.
musi być wciąż coś. coś musi się dziać.
chcemy jeszcze więcej.

tak wspominając.. Kazimierzówka Trails Jam 4bro
niezapomniany niesamowity klimat.
w sumie cały czas jest tam specyficznie.
takie Kazi. :)))
bohaterem zdjęć mimowolnie stał się Hugo. spotkany wtedy po raz pierwszy.
wciąż nietrzeźwy. dopiero po kilku spotkaniach udało mi się trafić go w stanie niewskazującym na spożycie.
pozdro Hugo goła dupo!

a niedługo mam nadzieję pokazać Wam mój drugi, zdecydowanie bardziej kolorowy świat.
















Link | 04.01.2012 :: 03:06 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(1)

Milanówek.

pierwszy weekend listopada 2011.
drugi tak piękny.
i to wszystko nadal jest takie od środka i do środka, niesamowita niteczka z gigantycznego kłębka zdarzeń,
decyzji, zbiegów okoliczności, spotkanych ludzi, odwiedzonych miejsc, wszystkich realizowanych i planowanych zajawek,
omotanego dodatkowo czymś genialnym - spontanicznością.
ciepło w środku, radość z zewnątrz, której wcześniej nie znałam...
i to uczucie gromadzenia myśli, słów i docenienie odwagi do mówienia, spotkań.

bmxowo analogowo.








Link | 03.01.2012 :: 01:17 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(0)

że było słonecznie, że nie ma zimy, a mogłoby w takim razie być już lato.
już ostatnie ślady opalenizny na plecach z tego dnia.
2/3 doby na stoku, od wczesnego poranka do zimnej i późnej nocy.
wędrówka z góry na dół, w poprzek i nie wiem jak jeszcze.
dłoń obolała od aparatu. boskie zmęczenie.
trochę lifestylu.. później może trochę konkretów XC




























Link | 20.12.2011 :: 02:27 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(1)

Był w końcu upragniony wolny od pracy weekend.
Pierdyliony radości, upragnionych relacji.
Było otwarcie dirtparku.. więcej więcej więcej takich przedsięwzięć w tym kraju!
Nie ma co liczyć na łaskę i inicjatywy miast itd.
Zostały duże pokłady pozytywnej energii, trochę kiepskich zdjęć,
ciepłe rękawiczki i trochę tęsknoty zawiniętej w oczekiwanie..
no i zostałam też bez obiektywu.
I nadal brakuje mi kilku godzin w dobie i chce mi się spać rano.
Końcówka grudnia. Zbliżają się Święta.
Kolejny niesamowity rok życia za mną, dziwne epizody, niewytłumaczalne zbiegi okoliczności
i związki przyczynowo skutkowe pewnych decyzji.
Tak samo do oporu intensywny jak i poprzedni, tylko w innych aspektach.
Kolosalne zmiany, ciągłe zmiany, wciąż w ruchu, wciąż w podróży, chociaż myślałam, że to już minęło.
Kolejne kilometry, a życie opiera się na podróżowaniu,
chociaż niekoniecznie wciąż tym ekstremalnie dalekim, chociaż intensywnym.
A do tego to genialne uczucie, kiedy po kilometrach przesłuchanej w słuchawkach muzyki
można rozwalić się na podłodze, łóżku, nieważne czy w ubraniach prosto z podróży, ciepłych dresach, czy na golasa i słuchać muzyki z głośników, czując ją tak totalnie, a nie tylko słyszeć.
I mieć dla kogo gotować :)
Żegnam się z pracą, zastanawiam się nad tym co sobą reprezentuję sama przed sobą,
co potrafię, po co robię różne rzeczy i do czego chcę w dalszej perspektywie dążyć.
Siedzę, sprzątam niby to mój kąt w pokoju, przekładam kolejne kolorowe dziwne rzeczy i szmatki.
Przynieś mi butelkę dobrego syropu klonowego, a będę smażyć Ci pankejki. Bo lubię. Nic więcej mi nie potrzeba.

zajawka dirtparkowa.
jedno zdjęcie bo już zasypiam. za dnia reszta.




Link | 03.12.2011 :: 00:42 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(3)

zaczyna mi brakować obolałej ręki od aparatu i całodziennego robienia zdjęć.
brakuje znajomych twarzy, atmosfery i klimatu tych dni.
brakuje czasu, brakuje możliwości, zbyt wiele kilometrów, zbyt wiele obowiązków i wymagań.
jest wielkie szczęście ale dawkowane w zbyt małych ilościach.

wrześniowe jeszcze poszukiwania lubelskiego street'u ze Szczurami.
postaram się wrócić.
potrzebuję tylko chociaż jednego wolnego dnia. zdjęcia!
















bo tęsknot i pragnień milion.
i szkoda życia na spanie.
kierowca budzi na pętli i wygania z autobusu.
produkuję i upycham w sobie kolejne radości.
zasłaniam nimi kiełkujące smutki i obawy.




Link | 28.10.2011 :: 11:33 | lifestyle | love it or hate it, just say me something(0)

go BIG or go home. EVERYfuckingDAY!

dj. Czinu na fotografiji.






do tyłu // previous


archiwum

2017
08 07 06 05 04 03 02 01 2016
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 2015
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 2014
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 2013
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 2012
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 2011
12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 2010
12 11 10 09 08 07 06 05


categories

animals(13)
architecture(15)
bike(31)
bmx(41)
city(15)
dreams(8)
food(4)
lifestyle(52)
nature(18)
people(44)
skateboard(9)
slackline(8)
still on tour(39)
where's your home joe?(20)



E-MAIL ME: widze.niebo@gmail.com


Karolina Kowal | Utwórz swoją wizytówkę


click!click!

thomasz | jacek | halidar | piotrek czyżewski - INFERNO | deco | ratz!bmx | ratz!bmx ownlog | bmx | insane punishment life - jaco | tsc | silvia.sencekova | bartek.pogoda | Janek Galek | urban hajlajn - Lublin | ubrania bmx |


Photoblog Awards

Free counters!





All rights reserved. Wykorzystywanie zdjęć bez zgody autora zabronione. Przypisanie sobie autorstwa całości lub części cudzej pracy, jej deformacja lub edycja bez zezwolenia autora podlega karze grzywny, ograniczeniu wolności lub pozbawieniu wolności do lat 3. Projektowanie: diggerstudio.com